Temat: Duch
Ostatni klient właśnie wytoczył się przez drzwi wejściowe i karczmarz mógł wreszcie zająć się porządkami. Całą noc miejscowi świętowali dzień urodzin największej tutejszej mendy. Lało się wino, piwo, a i samogon ktoś ze sobą przyniósł, jak dało się wyczuć z co poniektórych kufli. Na widok kilkunastu stłuczonych zaklął szpetnie, po czym jednak zaraz przeliczył dzisiejszy zarobek i machnąwszy ręką poszedł po szufelkę i po zgarnięciu szkła wyrzucił je do skrzyni na wszelkiego rodzaju niepalne śmieci. Zdjął z haka w miarę czystą szmatę i zaczął wycierać pozostałości po libacji. Skupiony na swej pracy dotarł właśnie do stołu w kącie, gdzie zwykł kiedyś siadać ubrany na szaro jegomość.
- Zostało coś po tych żarłokach? – Mało nie zemdlał słysząc cichy, aczkolwiek wyraźny szept zza stołu. Ze strachem podniósł głowę i jęknął cicho przerażony. Za stołem siedział gość, który łudząco przypominał stałego bywalca, z jednym wyjątkiem – zdawało się, że prześwitywał.
-Bogowie… Duch! –Gdy to sobie uświadomił, zemdlał ostatecznie. Duch pokręcił głową uśmiechając się z politowaniem.
- Zawsze to samo… Co za ciemnota… -westchnął teatralnie i pstryknął palcami. Nad głową leżącego karczmarza pojawiła się mała kula wody, która niespodziewanie spadła mu na głowę, brutalnie budząc go z omdlenia.
- Tak się gości wita? Wstyd. No już, już, wstawaj. Gość czeka. – Duch machnął ręką, a ścierka poleciała w stronę dłoni karczmarza. Ten chwycił ją niemal z wdzięcznością i zaczął ocierać twarz.
-Co jeszcze zostało do zjedzenia? Zgłodniałem.
-A-ale… D-duchy p-przecież n-nie j-jedzą… -Zaczął jąkać się karczmarz patrząc w stół.
- No fakt.. Nie do końca… By żyć, pobieramy energię do życia z różnych źródeł… Większość woli ją wysysać z.. żywych… - Widmo uśmiechnęło się drapieżnie odsłaniając garnitur śnieżnobiałych zębów i musnął palcem wskazującym kły, które zaczęły się wydłużać, aż zaszły na dolną szczękę i znów się schowały. – Podwędzili pomysł wampirom. Ja tam wolę tradycyjne… Więc jak? Dostanę coś na ząb?
- N-no dobra… J-jest spory kawał pieczeni… – Karczmarz zaczął jako tako dochodzić do siebie. – Pozostaje tylko kwestia, jak zapłacisz pan za te jedzenie…
- Człowieku… Nie wierzysz w moją uczciwość, nawet po śmierci? Co za czasy nadeszły… No dobra… - Znów machnął ręką, a na stole pomiędzy nimi pojawiło się parę sztuk złotych monet. Gdy karczmarz chciał po nie sięgnąć, jego dłoń przeszła na wylot. –Najpierw jedzenie… Wtedy będą bardziej… namacalne. –Szczerząc się splótł dłonie na piersiach.
- Duch, nie duch… Skoro płaci… - Właściciel zakrzątnął się w kuchni i za paręnaście chwil podgrzana pieczeń stała przed duchem na dużym talerzu, po czym popatrzył wymownie na monety.
-Zabierz je. Obiecałem, a ja nawet po śmierci dotrzymuję słowa.
W dłoniach widma pojawił się mały widmowy nożyk i coś, co wyglądało, jak pomniejszone widły, po czym duch zaczął się posilać, zaś karczmarz uradowany zgarnął monety w garść. Pieczeń zniknęła w zastraszająco szybkim tempie.
- Nim odejdę… - Widmo zamknęło swoje jadowicie złote oczy, jakby się skupiało na czymś intensywnie. – W swojej piwnicy masz teraz… Dwie beczki najlepszego samogonu, jaki kiedyś wypędziłem… Jedna beczka jest dla ciebie i twoich gości… Druga pozostanie dla Moich gości… Czyli ujmując rzecz prosto – z pierwszą robisz, co chcesz… Drugą tykasz tylko, gdy przyjdzie ktoś do mnie. Jasne?
-Jak słońce, panie…
- … Saer. Do zobaczenia jeszcze… - Gdy to mówił, rozpłynął się w mroku kąta.
Po tym wydarzeniu karczmarz powiesił pod szyldem dodatkową tabliczkę z napisem „Nawiedzona karczma! Wypij z Duchem!”.
I daj nam siłę byśmy Nie Wybaczali naszym winowajcom...
- Pewnego dnia spieprzysz coś tak bezprzykładnie, tak niesamowicie, tak... porażająco, że niebo zapłonie, księżyce zatańczą, a bogowie będą ze śmiechu srali kometami. Mam nadzieję, że dożyję tej chwili.
- Daj spokój. To się nie zdarzy.