Temat: Leesha. Eksploracja kontynentu.
10 lat temu
Rok czerwonej gorączki
Starsza kobieta już od godziny pakowała rzeczy w skórzany wór. Każdy przedmiot starannie oglądała w świetle świecy, zanim ostatecznie decydowała się owinąć go w strzęp poszarzałego płótna. Jej ruchy tylko na pozór wydawały się być metodyczne. Półmrok panujący w izbie skutecznie krył jej przerażenie, wyrażające się w drżeniu szorstkich od pracy dłoni. – No już, Leesha, nie płacz. Mama wróci. – Wepchnęła do worka jakąś starą książkę w oprawie na wpół zeżartej przez myszy. – Nie wróci! – Dziewczęcy pisk doszedł uszu kobiety. – Nie mów tak, mama przecież zawsze wraca. – Siliła się na spokój, ale głos jej się łamał. Czyżby tym razem rzeczywiście miała nie wrócić? Leesha w nocy długo rzucała się na sienniku, wykrzykując raz po raz urywane słowa. A zielarka we wsi mówiła, dawaj jej zioła. Kozłek lekarski zawsze stał zaparzony koło łóżka dziewczynki zgodnie z radą wioskowej zielarki, ale Leesha nie chciała go pić. Mówiła, że przeszkadza jej w snach. Czyżby wyśniła, że matka wybiera się w drogę bez powrotu? Kobieta zacisnęła powieki i odepchnęła przygnębiające wizje.
Była gotowa, zanim jeszcze wzeszła tarcza księżyca. Worek prezentował się nad wyraz okazale, cały wypchany cenniejszymi rzeczami, od lat gromadzonymi w domu. Wymiotła wszystko, co mogło reprezentować jakąkolwiek wartość. Znalazł się tam nawet drewniany konik Leeshy. – Mamo, bozia nie lubi koników. Zostaw mi go. – Leesha miała raptem 7 lat, ale potrafiła nadać słowom bardzo kategoryczny ton. Zostaw zabrzmiało jak rozkaz, ale matka pozostała niewzruszona, zarówno na impertynencję córki, jak i na jej faktyczną niechęć do rozstania się z zabawką. – Kochanie, przecież wiesz, że to nie jest zwykły konik. Akolitka Numisiel, która go wyrzeźbiła miała silne dary Evy. Podobno drewno pochodzi z samego lasu elfów. – Uśmiechnęła się, ale dziewczynka tylko posmutniała bardziej. – Kiedy umrę, nie będę już mogła pojechać do Wioski Elfów i nigdy już nie zobaczę, gdzie mieszkała Numisiel, prawda? – Matka nie powstrzymała szlochu. – Nie umrzesz… – Wyłkała, tuląc do piersi Leeshę. – Mama nie pozwoli.
Noc przyniosła kolejny napad czerwonej gorączki. Leesha wylewała z siebie siódme poty, telepało nią po całej podłodze w ciemnej izdebce. Kozłek lekarski dawno wystygł, lecz mimo to wlała go w siebie jednym haustem, by w końcu paść bez przytomności na mokry od potu siennik. Czerwone plamy gęsto upstrzyły jej całe ciało, a gorączka biła z coraz większą mocą. Majaczyła do świtu.
Tymczasem matka Leeshy była już w połowie drogi do stołecznej katedry. Część drogi pokonała pieszo, podążając za karawaną kupiecką, część płynąc chybotliwą łodzią, która kursowała między portami, przewożąc towary. Worek bardzo jej ciążył, ale jeszcze cięższe miała serce. Jeśli nie przebłaga bogini, jej córeczka umrze sama, daleko stąd, na opuszczonym krańcu Wyspy Głosów. Nie zdąży nawet wrócić, aby godnie pochować jej ciało. Nieraz widziała, co się dzieje z truchłem pokonanych przez czerwoną gorączkę. Ciało, niemal ugotowane chorobą, gniło szybciej niż jabłko na stercie gnoju.
Katedra w cesarskim Aden zawsze przytłaczała Leę, matkę Leeshy. Zawsze, od wczesnego dziecięctwa, aż po grób. Kto wie, może gdyby wiedziała, że oto i jej grób właśnie, nie wstąpiłaby tak chyżo w progi świętego przybytku. Arcykapłan Orven jakby na nią czekał. Byłaby przypadła do jego stóp, ale już Flownia i Vivyan złapały ją pod ręce i trzymały w przyzwoitej odległości od kardynała Einhasad. Lea jęła zawodzić. – W imię bogini matki, na twoje ręce, namaszczony przez boginię Orvenie, składam żarliwe modlitwy i błagania o wstawiennictwo, jako że córka moja… – Orven stanowczo podniósł dłoń. Kobieta urwała w pół słowa, uciszona jego władczym gestem. Arcykapłan przez krótką chwilę emanował boskością, ale gdy przemówił, Lea znów zobaczyła w nim życzliwego człowieka. Tego samego, który siedem wiosen temu oświadczył jej, że poczęcie dziecka z łona, przez 30 lat uznawanego za suche, jest znakiem bogini, i owoc tegoż łona będzie przeznaczony dla Einhasad. W przeciwieństwie do swojego męża, Lea była szczęśliwa. Posiadanie w rodzinie kapłanki było wielkim wyróżnieniem. – Kobieto. Co Einhasad dała, ma prawo odebrać. Dotarły do nas wieści, że przyszła prorokini Leesha, którą wydało twoje łono, choruje na czerwoną gorączkę. Napawa nas to dogłębnym smutkiem. – Kapłanki pokiwały gorliwie, wciąż stojąc po prawicy i lewicy przybyszki. – Módl się do swojej bogini, dobra kobieto. Terminatorzy świątyni przygotowali ci celę, w której odpoczniesz i zmienisz szaty na ubiór pokutny. Niech Einhasad ci błogosławi. – Podsunął jej pierścień do ucałowania, a następnie wyszedł, zamiatając podłogę strojną szatą. Lea wciąż trwała w głębokim ukłonie, zgięta pod ciężarem tobołów i wizji najbliższych dni.
Pokutowała pięć dni i pięć nocy, a uda jej oplatały stalowe cilicio, które przy każdej jutrzni skracała o jedno oczko. Piątego dnia były już głęboko werżnięte w mięśnie ud, ale Lea zdawała się na to nie zważać. Wszystko, co miała oddała w ofierze i modliła się zapamiętale zgodnie z przykazaniem arcykapłana, a pieśni, które śpiewała, niosły się po korytarzach echem, budzącym grozę. Mówią bowiem, że nie masz drugiego tak żałosnego zawodzenia, jak zawodzenie matki nad jej dziecięciem.
I wymodliła Lea uzdrowienie dla Leeshy. Dziewczynka szóstego dnia zbudziła się na posłaniu w odległej izbie na Wyspie Głosów w pełni sił i bez gorączki. Myśli miała zupełnie trzeźwe i czyste. Wezbrały w nią nowe siły i wkrótce stała nad lustrem wody oglądając swoje odbicie bez skazy. Oto czerwone plamy zniknęły bez śladu. Pragnęła zanieść nowinę wszystkim wyspiarzom, ale po prawdzie nie było już komu. Czerwona gorączka budziła zbyt duży strach i dawno już sąsiedzi opuścili sioło, a najbliżsi ludzie mieszkali zbyt daleko, by mogła udać się tam sama. Ale dobre wieści niosą się nawet wiatrem i głosem ptaków. Nie trzeba było długo czekać, aż Leeshę nawiedziła stara wioskowa zielarka. – Dziewczę. Wracasz ze świata umarłych, powinnaś dziękować miłosierdziu bogini. Gdzie twoja matka? – Nie wróciła, proszę pani. – Śniłaś, że nie wróci? – Śniłam, proszę pani.
Zielarka zabrała Leeshę do siebie, mimo oporu, jaki zapamiętale stawiało dziecko. Żal jej było zostawiać dom, bo nie wyzbyła się jeszcze tej ostatniej krztyny nadziei, że matka powróci. Ale wszyscy wiedzą, że Einhasad nie oddaje nic za darmo. Bogini to wielka i groźna, łaskawa, ale sprawiedliwa. Waży życie na złotych szalach i biada temu, kto nie wierzy w ich uczciwość. Lea umarła wkrótce po tym, jak jej dziecko wróciło do zdrowia. Heretycy jednak mówią, że wszyscy pielgrzymi umierają po prostu śmiercią głodową, wyczerpani brakiem snu, picia i jedzenia, bo nikt ich nie wypuszcza z cel, w których podnoszą bogom swoje przewiny. Wierni jednak widzą tylko jedną prawidłowość. Zdrowa Leesha, martwa Lea.
Leesha pod okiem starej zielarki nauczyła się czytać i pisać, ważyć zioła i wywary, a nawet mieszać trucizny. W wieku piętnastu lat była już całkiem rozgarniętą terminatorką Einhasad, chowaną w duchu głębokiej wiary. – Musisz oddać światu to, co dostałaś od bogini, dziewczyno. – Mawiała starucha. – Żyjesz, żeby być jej prorokiem, więc ucz się, to gniew Einhasad cię nie dosięgnie. – Leesha bez szemrania spełniała wszelkie życzenia swojej przełożonej, lecz prorocze sny nie nawiedzały jej od śmierci matki. Nie miała odwagi powiedzieć tego zielarce, bo znaczyłoby to tylko jedno. Nie jest wybraną. Orven się mylił, a matka umarła na darmo. Milczała więc i z jeszcze większą pasją oddawała się naukom.
Obecnie
Tawerna
Leesha siedziała w kącie z miną zbitego psa. Udawało jej się w ten sposób zmiękczyć serce karczmarza, któremu nie miała jak zapłacić za miejsce koło paleniska. Nie stać ją było na kupienie choćby kubka popłuczyn po winie. Nie miała bladego pojęcia, co zrobi, gdy karczmarz straci swoją cierpliwość i wreszcie ją wyrzuci. Póki co mężnie odgrywała cierpiętnicę, z ulgą przyjmując litość właściciela przybytku. Wczorajszego dnia zawitała do jakiegoś miasta, ale usłyszała od okutego w zbroję mężczyzny, że świątynia Einhasad znajduje się na górnych poziomach, co z gruntu skreślało ją z listy. Zanim znów zarobi pieniądze na dalszą podróż, minie co najmniej tydzień. Tymczasem odkąd znalazła się na kontynencie, odwiedziła co najmniej 5 miast i żadne z nich nie było tym, w którym jej świętej pamięci matka wyzionęła ducha. Zielarka dobrze jej wytłumaczyła, jak wygląda stołeczna katedra i żadna z dotychczas widzianych nie była tą poszukiwaną. Leesha westchnęła ciężko, jak zwykła to czynić w tak beznadziejnych okolicznościach, i opadła na stół, wlepiając wzrok w tańczące płomyki. Jej uszu doszło pomrukiwanie karczmarza.
Trzymam je w tapczanie.