1

Temat: Leesha. Eksploracja kontynentu.

10 lat temu
Rok czerwonej gorączki

Starsza kobieta już od godziny pakowała rzeczy w skórzany wór. Każdy przedmiot starannie oglądała w świetle świecy, zanim ostatecznie decydowała się owinąć go w strzęp poszarzałego płótna. Jej ruchy tylko na pozór wydawały się być metodyczne. Półmrok panujący w izbie skutecznie krył jej przerażenie, wyrażające się w drżeniu szorstkich od pracy dłoni. – No już, Leesha, nie płacz. Mama wróci. – Wepchnęła do worka jakąś starą książkę w oprawie na wpół zeżartej przez myszy. – Nie wróci! – Dziewczęcy pisk doszedł uszu kobiety. – Nie mów tak, mama przecież zawsze wraca. – Siliła się na spokój, ale głos jej się łamał. Czyżby tym razem rzeczywiście miała nie wrócić? Leesha w nocy długo rzucała się na sienniku, wykrzykując raz po raz urywane słowa. A zielarka we wsi mówiła, dawaj jej zioła. Kozłek lekarski zawsze stał zaparzony koło łóżka dziewczynki zgodnie z radą wioskowej zielarki, ale Leesha nie chciała go pić. Mówiła, że przeszkadza jej w snach. Czyżby wyśniła, że matka wybiera się w drogę bez powrotu? Kobieta zacisnęła powieki i odepchnęła przygnębiające wizje.

Była gotowa, zanim jeszcze wzeszła tarcza księżyca. Worek prezentował się nad wyraz okazale, cały wypchany cenniejszymi rzeczami, od lat gromadzonymi w domu. Wymiotła wszystko, co mogło reprezentować jakąkolwiek wartość. Znalazł się tam nawet drewniany konik Leeshy. – Mamo, bozia nie lubi koników. Zostaw mi go. – Leesha miała raptem 7 lat, ale potrafiła nadać słowom bardzo kategoryczny ton. Zostaw zabrzmiało jak rozkaz, ale matka pozostała niewzruszona, zarówno na impertynencję córki, jak i na jej faktyczną niechęć do rozstania się z zabawką. – Kochanie, przecież wiesz, że to nie jest zwykły konik. Akolitka Numisiel, która go wyrzeźbiła miała silne dary Evy. Podobno drewno pochodzi z samego lasu elfów. – Uśmiechnęła się, ale dziewczynka tylko posmutniała bardziej. – Kiedy umrę, nie będę już mogła pojechać do Wioski Elfów i nigdy już nie zobaczę, gdzie mieszkała Numisiel, prawda? – Matka nie powstrzymała szlochu. – Nie umrzesz… – Wyłkała, tuląc do piersi Leeshę. – Mama nie pozwoli.

Noc przyniosła kolejny napad czerwonej gorączki. Leesha wylewała z siebie siódme poty, telepało nią po całej podłodze w ciemnej izdebce. Kozłek lekarski dawno wystygł, lecz mimo to wlała go w siebie jednym haustem, by w końcu paść bez przytomności na mokry od potu siennik. Czerwone plamy gęsto upstrzyły jej całe ciało, a gorączka biła z coraz większą mocą. Majaczyła do świtu.

Tymczasem matka Leeshy była już w połowie drogi do stołecznej katedry. Część drogi pokonała pieszo, podążając za karawaną kupiecką, część płynąc chybotliwą łodzią, która kursowała między portami, przewożąc towary. Worek bardzo jej ciążył, ale jeszcze cięższe miała serce. Jeśli nie przebłaga bogini, jej córeczka umrze sama, daleko stąd, na opuszczonym krańcu Wyspy Głosów. Nie zdąży nawet wrócić, aby godnie pochować jej ciało. Nieraz widziała, co się dzieje z truchłem pokonanych przez czerwoną gorączkę. Ciało, niemal ugotowane chorobą, gniło szybciej niż jabłko na stercie gnoju.

Katedra w cesarskim Aden zawsze przytłaczała Leę, matkę Leeshy. Zawsze, od wczesnego dziecięctwa, aż po grób. Kto wie, może gdyby wiedziała, że oto i jej grób właśnie, nie wstąpiłaby tak chyżo w progi świętego przybytku. Arcykapłan Orven jakby na nią czekał. Byłaby przypadła do jego stóp, ale już Flownia i Vivyan złapały ją pod ręce i trzymały w przyzwoitej odległości od kardynała Einhasad. Lea jęła zawodzić. – W imię bogini matki, na twoje ręce, namaszczony przez boginię Orvenie, składam żarliwe modlitwy i błagania o wstawiennictwo, jako że córka moja… – Orven stanowczo podniósł dłoń. Kobieta urwała w pół słowa, uciszona jego władczym gestem. Arcykapłan przez krótką chwilę emanował boskością, ale gdy przemówił, Lea znów zobaczyła w nim życzliwego człowieka. Tego samego, który siedem wiosen temu oświadczył jej, że poczęcie dziecka z łona, przez 30 lat uznawanego za suche, jest znakiem bogini, i owoc tegoż łona będzie przeznaczony dla Einhasad. W przeciwieństwie do swojego męża, Lea była szczęśliwa. Posiadanie w rodzinie kapłanki było wielkim wyróżnieniem. – Kobieto. Co Einhasad dała, ma prawo odebrać. Dotarły do nas wieści, że przyszła prorokini Leesha, którą wydało twoje łono, choruje na czerwoną gorączkę. Napawa nas to dogłębnym smutkiem. – Kapłanki pokiwały gorliwie, wciąż stojąc po prawicy i lewicy przybyszki. – Módl się do swojej bogini, dobra kobieto. Terminatorzy świątyni przygotowali ci celę, w której odpoczniesz i zmienisz szaty na ubiór pokutny. Niech Einhasad ci błogosławi. – Podsunął jej pierścień do ucałowania, a następnie wyszedł, zamiatając podłogę strojną szatą. Lea wciąż trwała w głębokim ukłonie, zgięta pod ciężarem tobołów i wizji najbliższych dni.

Pokutowała pięć dni i pięć nocy, a uda jej oplatały stalowe cilicio, które przy każdej jutrzni skracała o jedno oczko. Piątego dnia były już głęboko werżnięte w mięśnie ud, ale Lea zdawała się na to nie zważać. Wszystko, co miała oddała w ofierze i modliła się zapamiętale zgodnie z przykazaniem arcykapłana, a pieśni, które śpiewała, niosły się po korytarzach echem, budzącym grozę. Mówią bowiem, że nie masz drugiego tak żałosnego zawodzenia, jak zawodzenie matki nad jej dziecięciem.

I wymodliła Lea uzdrowienie dla Leeshy. Dziewczynka szóstego dnia zbudziła się na posłaniu w odległej izbie na Wyspie Głosów w pełni sił i bez gorączki. Myśli miała zupełnie trzeźwe i czyste. Wezbrały w nią nowe siły i wkrótce stała nad lustrem wody oglądając swoje odbicie bez skazy. Oto czerwone plamy zniknęły bez śladu. Pragnęła zanieść nowinę wszystkim wyspiarzom, ale po prawdzie nie było już komu. Czerwona gorączka budziła zbyt duży strach i dawno już sąsiedzi opuścili sioło, a najbliżsi ludzie mieszkali zbyt daleko, by mogła udać się tam sama. Ale dobre wieści niosą się nawet wiatrem i głosem ptaków. Nie trzeba było długo czekać, aż Leeshę nawiedziła stara wioskowa zielarka. – Dziewczę. Wracasz ze świata umarłych, powinnaś dziękować miłosierdziu bogini. Gdzie twoja matka? – Nie wróciła, proszę pani. – Śniłaś, że nie wróci? – Śniłam, proszę pani.

Zielarka zabrała Leeshę do siebie, mimo oporu, jaki zapamiętale stawiało dziecko. Żal jej było zostawiać dom, bo nie wyzbyła się jeszcze tej ostatniej krztyny nadziei, że matka powróci. Ale wszyscy wiedzą, że Einhasad nie oddaje nic za darmo. Bogini to wielka i groźna, łaskawa, ale sprawiedliwa. Waży życie na złotych szalach i biada temu, kto nie wierzy w ich uczciwość. Lea umarła wkrótce po tym, jak jej dziecko wróciło do zdrowia. Heretycy jednak mówią, że wszyscy pielgrzymi umierają po prostu śmiercią głodową, wyczerpani brakiem snu, picia i jedzenia, bo nikt ich nie wypuszcza z cel, w których podnoszą bogom swoje przewiny. Wierni jednak widzą tylko jedną prawidłowość. Zdrowa Leesha, martwa Lea.

Leesha pod okiem starej zielarki nauczyła się czytać i pisać, ważyć zioła i wywary, a nawet mieszać trucizny. W wieku piętnastu lat była już całkiem rozgarniętą terminatorką Einhasad, chowaną w duchu głębokiej wiary. – Musisz oddać światu to, co dostałaś od bogini, dziewczyno. – Mawiała starucha. – Żyjesz, żeby być jej prorokiem, więc ucz się, to gniew Einhasad cię nie dosięgnie. – Leesha bez szemrania spełniała wszelkie życzenia swojej przełożonej, lecz prorocze sny nie nawiedzały jej od śmierci matki. Nie miała odwagi powiedzieć tego zielarce, bo znaczyłoby to tylko jedno. Nie jest wybraną. Orven się mylił, a matka umarła na darmo. Milczała więc i z jeszcze większą pasją oddawała się naukom.


Obecnie
Tawerna

Leesha siedziała w kącie z miną zbitego psa. Udawało jej się w ten sposób zmiękczyć serce karczmarza, któremu nie miała jak zapłacić za miejsce koło paleniska. Nie stać ją było na kupienie choćby kubka popłuczyn po winie. Nie miała bladego pojęcia, co zrobi, gdy karczmarz straci swoją cierpliwość i wreszcie ją wyrzuci. Póki co mężnie odgrywała cierpiętnicę, z ulgą przyjmując litość właściciela przybytku. Wczorajszego dnia zawitała do jakiegoś miasta, ale usłyszała od okutego w zbroję mężczyzny, że świątynia Einhasad znajduje się na górnych poziomach, co z gruntu skreślało ją z listy. Zanim znów zarobi pieniądze na dalszą podróż, minie co najmniej tydzień. Tymczasem odkąd znalazła się na kontynencie, odwiedziła co najmniej 5 miast i żadne z nich nie było tym, w którym jej świętej pamięci matka wyzionęła ducha. Zielarka dobrze jej wytłumaczyła, jak wygląda stołeczna katedra i żadna z dotychczas widzianych nie była tą poszukiwaną. Leesha westchnęła ciężko, jak zwykła to czynić w tak beznadziejnych okolicznościach, i opadła na stół, wlepiając wzrok w tańczące płomyki. Jej uszu doszło pomrukiwanie karczmarza.

Mam ciało osiemnastolatki.
Trzymam je w tapczanie.

2

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Ładne ;d

I try to be calm but i can't...

3

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Droga matulu.

Tawerna świeci pustkami. Jak zresztą i sam kontynent. W uliczkach Gludin i Gludio widziałam żebrzące dzieci i dorosłych porażonych chorobami. Zielarka nauczyła mnie, jak je leczyć, ale nie powiedziała słowa, jak znieść odór ich niemytych ciał. Nie dałam rady i uciekłam. Gniewałabyś się, gdybyś żyła. Wiem, zła ze mnie kapłanka Einhasad.

Bogini nie odzywa się do mnie odkąd zesłała mi pierwsze miesięczne krwawienie. A sny… Są godne pożałowania, nic nie wieszczą. Nie będzie ze mnie prorokini, matko, ale niech Orven sam się przekona, gdy tylko stanę przed tą jego obłudną facjatą. Jak już powiem mu, co myślę na temat jego żałosnych praktyk, z pewnością chętnie odeśle mnie na termin do najdalszego biskupstwa na całym kontynencie. Na swój własny koszt oczywiście, bo pieniądze skończyły się już dawno.

Na pewno chciałabyś wiedzieć, matulu, czego nauczyła mnie zielarka. Potrafię wprowadzać się w stan świadomego snu, spodobałoby ci się, możesz latać i czujesz, jakby to było naprawdę. Po prawdzie chyba nie to miała na myśli stara, ucząc mnie sztuki śnienia, ale teraz tkwi na tym pustkowiu i zamiata akademię Cedrica, więc w sumie co za różnica. Jak wspominałam, wieszczych snów już nie miewam od twojej śmierci. To już dziesięć lat… Umiem też kreślić runy, stawiać bariery na siebie i na innych, a nawet przerywać barierę w czasie… Wiesz… Zbliżenia. Nie, broń Einhasad nie myśl sobie, że już tego próbowałam z jakimś pomiotem Gran Kaina, mężczyzną! Absolutnie! Po prostu jakby przyszło co do czego, umiałabym przerwać mu barierę w czasie eiaculatio. Zielarka mówiła, że ty też to potrafiłaś. Wstyd matko, ciekawa jestem, ile razy pokarałaś w ten sposób ojca.
W każdym razie umiem też ważyć zioła. Wożę ze sobą po tym odludziu cały majdan, wraz z trzema rodzajami moździerzy i jednym tłuczkiem. Z rzeczy groźnych to chyba jedyna, w której jestem posiadaniu. Zatłukłam nim raz żmiję na trakcie. Zielarka zabroniła stosować magię wobec zwierząt, boi się chyba, że moja misja zostanie zdradzona  niekontrolowanym użyciem magii.

Teraz matko szukam, gdzie by dorobić na dalszą podróż. Ostatnie noce spędzałam w różnych miejscach, nie wyłączając Ruin Agonii, o których tyle piszą w kronikach. Niestety wokół większych miast opuszczonych miejsc jest znacznie mniej i trudniej o darmowy nocleg. Ludzie są życzliwi, ale łatwiej spotkać służbę, niż panów. Szukam więc dalej. Módl się za mnie z przybytku Einhasad, mateczko.


Skończywszy pisać, Leesha zmięła list w rękach. Znów nieszczęśliwe westchnienie wydobyło się z jej piersi. Tym razem nie uszło uwadze karczmarza. Zmierzył ją wzrokiem i wiedziała już, że czas w tawernie dobiega końca. Zebrała manatki i ruszyła do wyjścia. Zgnieciony pergamin, zapisany rzędami starannej kaligrafii, nieumyślnie zostawiła na blacie.

Mam ciało osiemnastolatki.
Trzymam je w tapczanie.

4

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Kręciła się wokół tawerny przez kolejne siedem dni, uważnie obserwując wchodzących. Z końcem dnia piątego, po udanym polowaniu w dalekich ostępach gdzieś na wschodzie, jej sakiewka pobrzękiwała już na tyle atrakcyjnie, by karczmarz przestał ganić ją spojrzeniem spod krzaczastych brwi. Zwykła wypijać kufel grzańca zanim tawerna zawrzała głosami gości, choć zdarzało się, że do samej nocy nie było nikogo. Owe dni napawały ją bezbrzeżnym smutkiem. Kontynent okazał się mniej przyjazny, niż mogłaby się spodziewać, gdyby oczywiście przyszło jej kiedyś do głowy, że znajdzie się na nim zupełnie sama. Jednocześnie bogactwo otoczenia i krajobrazu, przepych miast i świątyń pozwalały jej przetrwać w stanie względnego spokoju ducha. O emocjonalną równowagę dbała nad wyraz starannie, odkąd namierzyła położenie świątyni w cesarskim Aden, a wyrażało się w to w regularnym bluźnieniu i innych świętokradczych czynnościach. Raz nawet namalowała kredą obsceniczny rysunek na murze okalającym świątynię i ku własnemu zaskoczeniu stwierdziła, że sprawiło jej to niemałą frajdę. Oczywiście następnie przyszła skrucha i żałość, i chylenie czoła przez mądrością Einhasad, ale fala bogobojnych uczuć odpływała wraz z następną wizytą w okolicy. Na arcykapłana Orvena nie trafiła, w czym należałoby upatrywać boskiej ręki Einhasad, która najwyraźniej tak kładła ścieżki pod stopami Leeshy i Orvena, by zbyt prędko się ze sobą nie skrzyżowały. Szkoda byłoby utracić dwoje tak zacnych wiernych, dostojnika o ugruntowanej w społeczeństwie pozycji, jak i nieźle rokującą kapłankę.

Leesha miała więc dwa główne punkty wypadowe w swoich wędrówkach kontynentalnych, świątynię Aden oraz przytulną tawernę. I chociaż dotąd dni niewiele się od siebie różniły, czuła zbliżający się progres. Coś ewidentnie wisiało w powietrzu i miała nadzieję, że nie jest to po prostu swąd z karczemnej kuchni, ani zapaszek zamtuzu, który dziwnym trafem przykleił się do niej po ostatniej nocnej wycieczce. Być może działo się to wszystko za sprawą kobiet, miała bowiem wrażenie, że otaczający ją świat został przez nie zdominowany, bezapelacyjnie ku chwale Einhasad. Zamówiła więc wyjątkowo kolejny kufelek grzańca i zasiadłszy przy stole wlepiła wzrok w nieruchome jak dotąd drzwi do tawerny.

Mam ciało osiemnastolatki.
Trzymam je w tapczanie.

5

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Rzadko zaglądał do tawerny. Wychodził z założenia, że po co ma komuś dawać zarobić, skoro na pędzeniu trunków znał się, jak mało kto. Ale zjeść czasem też trzeba coś innego, niż pieczony nad ogniskiem królik (swoją drogą dobre danie, jednak na dłuższą metę może się przejeść, jak wszystko). Ubrany w szary płaszcz z kapturem ocieniającym twarz otworzył drzwi, a po wejściu zajął swoje ulubione miejsce w kącie. Karczmarz rzadko go widywał w swoich progach, jednak wiedział, że ten osobnik z maskowanym pod płaszczem z lewej strony pleców garbem lubi zjeść coś na ostro. Zawsze proponował coś mocniejszego do udźca z dzika, czy gulaszu, który akurat mu podawał, jednak ten spławiał go machnięciem ręki.

Jadł spokojnie, przeżuwając dokładnie każdy kęs mięsa i maczanego w sosie chleba. Pozornie skupiony na jedzeniu, czujnie omiótł wzrokiem wnętrze karczmy.Niedaleko niego przy innym stole siedziała jakaś kobieta, trzymająca w dłoniach kufel. Nos powiedział mu, że w środku naczynia znajduje się grzane piwo. Skrzywił się lekko, jednak większa część grymasu przeleciała w cieniu kaptura.

Gdy skończył, wyjął zza pazuchy rulonik cygara, wetknął sobie w usta i przystawiwszy trzy palce prawej dłoni do końcówki wymamrotał cicho zaklęcie. Miedzy palcami pojawiła się mała sfera ognia, od której odpalił i zaciągnął się dymem, a strzepnięciem reki pozbył się kulki ognia. Jego garb tymczasem lekko falował, jakby żył własnym życiem, zaś karczmarz udawał, że nie dostrzega tej osobliwości. Facet płacił uczciwie, nieoberżniętymi monetami, więc nie obchodziło go, kim był jego gość.

RPG - Rabuj, Pal (i) Gwałć
I daj nam siłę byśmy Nie Wybaczali naszym winowajcom...
- Pewnego dnia spieprzysz coś tak bezprzykładnie, tak niesamowicie, tak... porażająco, że niebo zapłonie, księżyce zatańczą, a bogowie będą ze śmiechu srali kometami. Mam nadzieję, że dożyję tej chwili.
- Daj spokój. To się nie zdarzy.

6

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Stara zielarka z Wyspy Głosów zawsze wpajała Leeshy, że prawdziwy mężczyzna śmierdzi potem i nie goli pach. Historyjki, które zwykła opowiadać przy okazji takich tematów zwykle okraszone były większą dozą pikanterii niż ktokolwiek o zdrowych zmysłach spodziewał się usłyszeć z ust wysuszonej staruszki. Bądź co bądź wiedzę miała niezgorszą jak w temacie lecznictwa i zioło-uzdrawiania. Nasłuchała się więc Leesha o męskich torsach, tyłkach i prąciach, płonąc za każdym razem ze wstydu i przybierając kolor porządnego wiejskiego buraka, ale przynajmniej miała jasno zakodowane, że świat cierpi niedostatki właśnie ze względu na ograniczenie rodzaju męskiego. Tak, zielarka zwykła powtarzać, że myślenie lędźwiami jest najlepszym wyznacznikiem męskiej głupoty. Młoda kapłanka została wychowana w całkowitym matriarchacie i nie darzyła mężczyzn szczególnym uznaniem.

Zakapturzonego natomiast dostrzegła już od drzwi i bez specjalnego skrępowania śledziła jego ruchy od chwili gdy zaczął jeść, aż po ekscytujący moment odpalania skręta magią. Odkąd postawiła stopę na kontynencie był pierwszym obdarzonym magią mężczyzną, którego miała okazję oglądać. Jak dotąd obdarzonych spotykała głównie w świątyniach, jako wypacykowanych kapłanów, ów zaś w niczym nie przypominał żadnego z nich. Zresztą kapłanów trudno było uważać za prawdziwych mężczyzn, choć znała historie, w których świątobliwi chędożyli równie ochoczo, jak rodzimi drwale.

Temat był generalnie poza zasięgiem Leeshy, pozostając jedynie w sferze anegdot oraz sprośnych historyjek. Strzegła swojego wianka nad wyraz zapamiętale, co jednak nie było szczególnie trudne, zważywszy na otrzymane z domu wychowanie. I – przyznajmy szczerze – Leesha dopiero co pozbyła się fizjonomii podlotka.

Tak więc obserwowała zakapturzonego mężczyznę, snując rozważania na temat miejsca lędźwiowców w świecie. Tego przypadku nie potrafiła przyporządkować do żadnej ze znanych sobie kategorii. Wykluczyła z miejsca stan kapłański, rycerski i chłopsko-wiejski, choć mogła się przecież mylić. Postanowiła sprawdzić organoleptycznie. Wstała bez ogródek ze swojego miejsca i przysiadła się bez pytania, nawet specjalnie nie kryjąc się ze swoją naiwno zaciekawioną miną.

Mam ciało osiemnastolatki.
Trzymam je w tapczanie.

7

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Wysoka postać w czarnej zbroi z charakterystycznym zgrzytem otwarła w tej samej chwili drzwi do karczmy. Skupiła na sobie zainteresowanie stałych bywalców zaledwie na dwa, trzy uderzenia serca. Deski podłogi pod ciężarem pancerza wydawały lekki jęk przy każdym jej kroku. Zbrojny minął miejsce przy którym właśnie do znajomej sylwetki dosiadało się jakieś dziewczę. Rozpoznał z miejsca bimbrownika i szczęśliwego narzeczonego. Dziś widocznie zapragnął innego rodzaju kobiety od swej żony. "Co za grzesznik ..." Mimo to skinął czarnym jak i zbroja hełmem siedzącemu , w panującym lekkim karczemnym mroku nie było widać przez jego szpary nawet oczu zbrojnej postaci.

Bez słowa odczepił od pasa mała sakwę i podał karczmarzowi stając przy barze. Ten przyjął ją i zniknął w dalszych pomieszczeniach. Zbrojna postać raz jeszcze obrzuciła zza hełmu spojrzeniem klientele. Odbijające się światło w jednej chwili oświetliło brosze spinającą płaszcz - zdobił ją symbol Einhasaad właściwy dla kapłanów, rycerzy i szlachetnych paladynów. Na udach na podwójnych skórzanych pasach okryta zbroją istota miała długie, masywne miecze, po jednym z każdej strony. Oparta o bar oczekiwała zapewne na powrót barmana czy też gospodarza nie zwracając szczególnej uwagi kogoś.

8

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Skinął głową istocie, która właśnie weszła do tawerny, zsuwając na chwilę z głowy kaptur. Na skroniach miał stare, ledwo widoczne blizny o tatuażach i lekko spiczaste uszy, jednakże nie wyglądał na elfa. Podparł głowę lewą dłonią. Coś błysnęło złotawo na środkowym palcu. Obrączka. Czytelny znak, że serce i reszta nie jest już do wzięcia. Obrączka niemalże wtopiła się linią z jego pacem. Znaczyło tylko jedno - nigdy nie musiał szukać u innych kobiet tego, co dawała mu żona - miłości zdolnej przezwyciężyć największe trudności. Obrócił głowę i otaksował beznamiętnym wzrokiem spod półprzymkniętych powiek kobietę, która się przysiadła obok niego.
- Słucham... -Mruknął spokojnie zaciągając się i strzepując drobinki popiołu na podłogę. Nieznacznie poruszył prawym ramieniem. Nałożył kaptur z powrotem na głowę, jakby miał się zbierać do wyjścia.

RPG - Rabuj, Pal (i) Gwałć
I daj nam siłę byśmy Nie Wybaczali naszym winowajcom...
- Pewnego dnia spieprzysz coś tak bezprzykładnie, tak niesamowicie, tak... porażająco, że niebo zapłonie, księżyce zatańczą, a bogowie będą ze śmiechu srali kometami. Mam nadzieję, że dożyję tej chwili.
- Daj spokój. To się nie zdarzy.

9

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

– W zasadzie to nic. – Na zdawkowe zapytanie mężczyzny odpowiedziała nad wyraz wylewnie. – Przyszłam popatrzeć, ale widzę, że zbiera się pan do wyjścia. – Wskazała głową kaptur. – Nie będę zatrzymywała, wyglądacie na niezbyt rozmownego i chętnego do zawierania znajomości. – Zachichotała pod nosem w sposób właściwy nastoletnim pannom, ale wnet spoważniała. Uważny obserwator dostrzegłby niechybnie, że jej spojrzenie jest bardziej przenikliwe i bystre, niż u przeciętnej nastolatki. – Nie chciałabym się narzucać, ale odpalanie ziela magią w moich stronach zostałoby potraktowane jako wyraz ignorancji i braku szacunku wobec boskich darów. Twoi bogowie muszą być wyrozumiali, panie. – Uśmiechnęła się beztrosko, kukając mu pod kapocę. – Macie niezgorsze blizny; starsi powiadają, że wyrazem dojrzałości u kobiet są zmarszczki, a u mężczyzn – blizny właśnie. Ile macie lat, panie? – Nie czekając na odpowiedź nachyliła się ku niemu i mruknęła konspiracyjnie. – A ten obok… – Kiwnęła dyskretnie na zakutego w zbroję osobnika. – Pierwsze widzę, jak zresztą i was, panie, ale wygląda na rycerza. Ba! Rycerza samej bogini mateczki! Zaproścież go do stołu, może się tego i owego dowiem w swoich sprawach. – Mrugnęła filuternie do mężczyzny, wyczekując jakiejś zmiany w jego obojętnym obliczu.

Mam ciało osiemnastolatki.
Trzymam je w tapczanie.

10

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

- Mój wiek, to moja sprawa. - Znów się zaciągnął. - Wystarczy wiedzieć, że sporo przeżyłem. I nie zamierzam się tym dzielić.
Gestem przywołał karczmarza i nachyliwszy się do jego ucha mruknął coś cicho. Ten kiwnął głową i poszedł do piwniczki.
- A co do tego.. rycerza.. -Popatrzył na postać siedzącą ciut dalej od nich. - Proszę samej podejść i zapytać. Nie chce mi się... - W tym momencie wzruszył ramionami - .. robić za niczyjego pośrednika... Pokój już gotowy? -Popatrzył przenikliwie na karczmarza.
- Tak, panie.
- Dobrze.. Zanieś tam to, o co prosiłem i tak jak prosiłem... Zostaw mi klucz i możesz już wrócić do swoich zajęć.
Podniósł się ze swojego miejsca. W świetle wreszcie dało się dostrzec jego oczy. Były koloru przydymionego złota. Patrzyły na kobietę wzrokiem, w którym dał się wyczuć lekki chłód poirytowanego osobnika, któremu ktoś się narzuca. Wysunął się ze swojego miejsca i podszedłszy do kontuaru zgarnął klucz. Przysunął sobie zydel i usiadł bokiem, opierając się o blat łokciem i wpatrując się w drzwi.

RPG - Rabuj, Pal (i) Gwałć
I daj nam siłę byśmy Nie Wybaczali naszym winowajcom...
- Pewnego dnia spieprzysz coś tak bezprzykładnie, tak niesamowicie, tak... porażająco, że niebo zapłonie, księżyce zatańczą, a bogowie będą ze śmiechu srali kometami. Mam nadzieję, że dożyję tej chwili.
- Daj spokój. To się nie zdarzy.

11

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Srebrne oczy błysnęły, w spowitym cieniem, kącie karczmy i przygasły, niby niknący płomień świecy. Elfka zastrzygła uchem, przysłuchując się przez chwile rozmowie. Siedziała tu już jakiś czas niezauważona, co niezmiernie ją cieszyło. Dziś stroniła od towarzystwa. Istniał dla niej jedynie puchar wina, oraz myśli kołaczące się w jej głowie.
Wydarzenia przeszłości nie dawały jej spokoju. Tajemniczy mroczny, który nagle zniknął bez słowa. Kilka lat upłynęło od tamtego wydarzenia, a i tak podążało ono za nią niby cień. Kobieta obróciła w dłoni puchar i zamoczyła usta w szkarłatnej cieczy.
Paraliżujący ból zmroził jej ciało. Puchar z głuchym szczękiem upadł na podłogę.
- Niech to szlag - syknęła przez zaciśnięte zęby.
Palce brązowej elfki z trudem wsunęły się pod lekko zżółkniętą koszulę. Blizna na brzuchu zdawała się pulsować, żyć własnym życiem. Pociemniało jej przed oczami. Powoli traciła oddech. Była już niemal pewna, że nadszedł koniec. Nagle wszystko ustało.
Elfka rozejrzała się pospiesznie, czy aby nie zwróciła na siebie uwagi. Skinęła na karczmarza, będącego jak dotąd jedynym gapiem. Zlękniony mężczyzna w podskokach podbiegł do jej stolika, posprzątał bałagan, a po chwili wrócił z nowym pucharem wina. Brunatna sakiewka z sowitą zapłatą wylądowała w jego dłoni. Kobieta została sama. Smużka dymu ze skręconego ziela rozpłynęła się leniwie w powietrzu.

"Nie noszą lampasów, lecz leśny ich strój, wiewiórcze kity miast złota. Za wolność i rasę dziś ciągnie na bój piechota, Iorwetha piechota."

12

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Odprowadziła go rozbawionym spojrzeniem. Zgodnie z przewidywaniami zarówno kontynent jak i jego mieszkańcy okazali się mniej dostępni, niż należałoby wnosić ze snutych przy ogniu opowieści, którymi zwykło się karmić dzieci przed snem. Wzruszyła ramionami, a zabębniwszy paznokciami po blacie rzuciła kątem oka na rycerza. Ten też nie wyglądał na szczególnie towarzyskiego, postanowiła więc dla odmiany oszczędzić sobie kolejnego wywodu, skłonna przyznać, że jej wyprawa w te okolice była zwykłym nieporozumieniem. Tymczasem jej uwagę zwróciło zamieszanie w innej części izby. Prawa brew Leeshy wygięła się w elegancki łuczek, gdy zobaczyła nadskakującego komuś karczmarza. Tego się po nim nie spodziewała, ale cóż robią pieniądze z ludźmi. Uśmiechnęła się do siebie, po czym jęła się zbierać z miejsca. Ostatnia próba i koniec tego dobrego – postanowiła w duchu. Po chwili stała już przy kontuarze, a wyszczerzywszy się w uśmiechu do złotookiego, rzekła. – Wybacz, że zajęłam twój cenny czas, panie. Już nie popełnię tego błędu ponownie. – Mrugnęła do niego i zawinęła się na pięcie w stronę wyjścia.

Przestępowała izbę niespiesznie, próbując złapać spojrzenie któregoś z gości. Póki co jednak atmosfera wydawała się być grobowo gęsta, prawie jak siwy dym palonych specyfików. Przeczucia, które nawiedziły ją ostatniej nocy prawdopodobnie okazały się mylne. Nie ten czas, nie to miejsce. Na świętą Einhasad, cóż jeszcze musi się zdarzyć, aby wreszcie zrozumieli, że nie będzie ze mnie proroka? Parsknęła pod nosem.

Mam ciało osiemnastolatki.
Trzymam je w tapczanie.

13

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Zbył kobietę machnięciem ręki. Był z kimś umówiony, a nie potrzebował jeszcze dodatkowo cudzego towarzystwa.Po jakimś czasie drzwi się uchyliły, a do środka wsunęła się lekko jakaś istota. Chód zdradzał w niej kobietę, zaś wybrzuszenia na kapturze w okolicach uszu, że jest elfką. Zdjęła kaptur, spod którego spłynęły kruczoczarne włosy. W świetle dało się dostrzec, że ma szarą skórę. Spod płaszcza wystawała lekko błona czerwonych skrzydeł. Podeszła lekko do mężczyzny posyłając mu jeden ze swoich zabójczych uśmiechów. Złotooki odwzajemnił uśmiech wpatrując się w jej różnokolorowe oczy.
- Wszystko czeka.. Idziemy, Skarbie? -Wskazał dłonią na górę, gdzie były pokoje gościnne.
Szara elfka skinęła lekko głową.
-Tak, Najdroższy... Tu za dużo uszu się kręcić będzie...
Mężczyzna wpuścił ją pierwszą na schody, po czym oboje udali się do zamówionego wcześniej pokoju.

RPG - Rabuj, Pal (i) Gwałć
I daj nam siłę byśmy Nie Wybaczali naszym winowajcom...
- Pewnego dnia spieprzysz coś tak bezprzykładnie, tak niesamowicie, tak... porażająco, że niebo zapłonie, księżyce zatańczą, a bogowie będą ze śmiechu srali kometami. Mam nadzieję, że dożyję tej chwili.
- Daj spokój. To się nie zdarzy.

14

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Zbrojny stał przy barze oczekując chwilę. Udał że nie zauważył siedzącej w kącie elfki, z chrzęstem zacisnął opancerzona rękawicę gdy do siedzącego mężczyzny przybyła zakapturzona niewiasta.
Karczmarz powrócił zza kotarki z zawiniątkiem wielkości sporego tomiszcza i ułożył delikatnie przed sobą. Pancerny skinął i zwinął je szybko odchodząc bez słowa. Światła świec tańczące po czerni zbroi ujawniły pod tym kątem że o ile wzrostu nie można mu było zarzucić, to pancerz dostosowany był do postury filigranowej za wyjątkiem ozdobionego symbolem Einhasad, wypukłego napierśnika. Gdy zbliżał się by wyminąć stojącą na drodze do drzwi dziewczynę, z zawiniątka dobiegł cichu pisk.

15

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Pisk, choć z pozoru cichy, odbił się w myślach Leeshy dudniącym echem, choć zdawałoby się, że powinna odczuć coś na pozór zaskoczenia, a może zaciekawienia. W ciężkim powietrzu tawerny pisk zabrzmiał dla jej uszu jak dzwon katedralny dla heretyka. Rzuciła spłoszone spojrzenie rycerzowi i syknęła pod nosem. Właśnie w takiej chwili! Jej serce przyspieszyło, uderzenia jęły niemal się prześcigać w pędzie, w końcu Leesha poczerwieniała na twarzy od rosnącego ciśnienia krwi. Trwało to może połowę minuty i zaskoczyło nawet ją samą. Dawno nie miała napadu. Tym razem starczyło leciutkie ukłucie niepokoju, byle tupnięcie, ba! Pisk właśnie. Leesha stanęła w miejscu ze zwieszonymi ramionami, głowa niemal opadła jej na pierś, zaczęła ciężko oddychać. Kosmyki rudych włosów niczym za sprawą magii wysunęły się z upięcia i opadły na twarz. Powietrze wokół dziewczęcia stężało, a wrażliwsi na magię mogliby poczuć, a może wręcz ujrzeć drobne iskry magii, które z sykiem gasły w powietrzu. Sama Leesha nigdy ich nie widziała, ani u siebie, ani u kogoś, najpewniej z racji braku doświadczenia arcymagicznego, ale nie stanowiło to absolutnie żadnej przeszkody, aby pod wpływem różnorodnych impulsów doświadczyć jestestwa medium. Leesha niespodziewanie szarpnęła głową i wbiła nieruchome spojrzenie w stojącego naprzeciw rycerza. – I będzie trwała Einhasad po wieki wieków, wbrew wojnom i pokojowi, w godzinie słońca i w godzinie nocy, a miecz jej i ręka sprawiedliwości sięgnie każdego z niewiernych. – Zawiesiła na chwilę głos, a jej nienaturalnie stężała twarz nie zmieniła swojego wyrazu ani odrobinę. Po chwili podjęła równie monotonnie. – A każdemu z niewiernych słudzy Einhasad wskażą mieczem i kosturem drogę do zatracenia. Wiernym płodnością wynagrodzi i wszelkim doczesnym bogactwem, lub darami boskimi, wedle własnego uznania. Einhasad, o nieomylna!

Usta Leeshy wygięły się w szkaradnym uśmiechu, a oczy zaiskrzyły jej się religijnym uniesieniem. Wyrzuciła ramiona w górę i zaśmiała się w głos, by ostatecznie upaść bezwładnie na podłogę tawerny. Straciła przytomność.

Mam ciało osiemnastolatki.
Trzymam je w tapczanie.

16

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Pancerna postać stałą bez ruchu podczas ekspresyjnego monologu oświeconej. Nie drgnęła także ni joty gdy kapłanka a przynajmniej wyglądająca na nią zwaliła się z łoskotem na podłogę, głową zadudniła głucho o deski. Widząc że kobieta nie rusza się zbrojny przekroczył ją i skierował się ku wyjściu.

Na zewnątrz panowało ciepłe popołudnie, jedne z tych kończących porę Evy. Rycerz niespiesznie podszedł do swego wierzchowca i poklepał jaszczura po pysku lekko. Przytroczył do siodła trzymaną paczkę tak, by nie poruszała się luźno i wrócił do karczmy.

Kobieta leżała dokładnie w tym samym miejscu i w tej samej pozycji co kilka chwil temu. Karczmarz stał nad nią mierząc ją wzrokiem. Zapewne chciał sprawdzić czy jej sakiewka jest bezpieczna i "przechować". Nie zważając na niego zbrojny złapał zemdlałą za odzienie jedną dłonią i przerzucił sobie przez ramię. Na odchodnym rzucił karczmarzowi monetę i zamknął tegim kopniakiem drzwi. Pachniała jakoś dziwnie, ale... "Nie godzi się siostry w wierze w tych pełnych zła, chciwców i sprzedawczyków zostawić w takim miejscu. Młoda jest, więc zapewne obudziłaby się w jakimś zaułku, bez sakwy za to z boląca rzycią" - przeszło przez skryty pod czarnym hełmem umysł. Przewiesił ją przez siodło niczym worek kartofli i prowadząc wierzchowca za uzdę ruszył w dość krótki, spokojny marsz.
Powoli zaczynał zapadać zmrok, gdy na wzniesieniu przed werujacymi zarysowała się sylwetka świątyni Einhasad i leżącego u jej stóp Dion.

17

Odp: Leesha. Eksploracja kontynentu.

Smużki dymu, wijące się niby węże,  już dawno przestały wzbijać się w powietrze. Elfka z zaciekawieniem obserwowała wszystkie wydarzenia, jednak nie wtrącała się w żadne z nich. Usłyszawszy brednie o Einhasad, potrząsnęła kpiąco głową. Kruczoczarne, równo ścięte włosy zafalowały jednocześnie i po chwili zastygły w bezruchu.
- Jak można być tak ślepym i głupim - mruknęła do siebie i dopiła wino z pucharu.
Zgrabna noga brązowej elfki, oparta niedbale o pobliski taboret, zsunęła się bezgłośnie na podłogę.
- Shillen chroń mnie przed fanatyzmem - wyszeptała.
Kobieta zarzuciła na ramię niedużą torbę. Lekkim, niemal kocim krokiem podążyła w stronę drzwi. Struga bladego światła na moment wdarła się do wnętrza. Kurz zatańczył w jej blasku. Skrzypienie zmąciło ciszę. Znów nastał półmrok.

"Nie noszą lampasów, lecz leśny ich strój, wiewiórcze kity miast złota. Za wolność i rasę dziś ciągnie na bój piechota, Iorwetha piechota."